Zapiski całkiem subiektywne Eliza P. (Młoda Mama lat 30, Warszawa)

To są zapiski o tym, jak zostałam mamą – o porodzie i pierwszych doświadczeniach z dzieckiem. Piszę, jak to wyglądało z mojej perspektywy – zapiski są, więc całkowicie subiektywne. Dzielę się nimi, by zachęcić rodziców do wymiany informacji, a także z myślą o tym, że być może okażą się one przydatne innym mamom rodzącym pierwszy raz.

Miłej lektury ...

TORBA DO SZPITALA

- No i po co chcesz już pakować to wszystko? Przecież jeszcze jest wcześnie! – dziwił się Tata Malucha, gdy upierałam się przy zakupie i jak najszybszym spakowaniu wszystkiego do „torby do szpitala". TM mógł sobie sądzić, że to moje brewerie, we mnie jednak myśl, że jeszcze nie jesteśmy spakowani, budziła nieznośne napięcie. W końcu spakowana torba spoczęła w bagażniku naszego auta jeszcze przed 36 tygodniem ciąży. Uff.

Zgodnie z instrukcjami ze szkoły rodzenia, pakowaliśmy razem, by w trakcie porodu TM wiedział, gdzie co jest i mógł sprawnie podawać kolejne potrzebne rzeczy. Pamiętaliśmy też o tym, by pakować rzeczy w kolejności odwrotnej do spodziewanej potrzeby ich użycia (klapki i T-shirt do porodu na wierzchu, ubranka dla Malucha – nieco głębiej). Staraliśmy się pakować to, co niezbędne, wiedząc o tym, że dodatkowe rzeczy można dowieźć później. Wiedzieliśmy, że torba nie może zajmować zbyt wiele miejsca, musi się bowiem zmieścić w niewielkiej sali poporodowej, obok dziecięcych wózeczków, szpitalnych łóżek i rzeczy innych mam, a trzeba też pamiętać o tym, że w takiej sali, poza mamami i dziećmi, często pojawia się personel medyczny i odwiedzający.

I tak, w naszej torbie znalazły się:

  • Wyniki moich ostatnich badań (dopakowane później). W szpitalu podczas przyjęcia potrzebny był również mój dowód osobisty.
  • Klapki i wieelki T-shirt jako koszulka do rodzenia. Jak nas poinformowano, miała to być koszula, której później nie będzie nam szkoda wyrzucić. Nasz T-shirt został jednak po porodzie okrzyknięty „szczęśliwym porodowym T-shirtem", upraliśmy go i teraz trzymamy na pamiątkę.
  • Woda niegazowana. W trakcie porodu nie wolno jeść ani pić, można sobie pozwolić najwyżej na kilka łyków wody (z czego nie skorzystałam, bo działo się tak dużo i tak szybko, że nie miałam czasu poczuć pragnienia). Za to kilka godzin później, jeszcze na sali porodowej – byłam wyczerpana i okropnie spragniona, spakowana woda bardzo się przydała.
  • Kocyk, pieluszki tetrowe i ubranka dla Malucha. Wiedzieliśmy ze szkoły rodzenia, że ubranka powinny być całe rozpinane, absolutnie nie takie, które nakłada się przez głowę. Faktycznie – dopóki nie nabierze się wprawy w obsłudze Malucha, rozbieranie i ubieranie go to nie lada wyzwanie. A robi się to właściwie cały czas – i przy okazji (bardzo częstego) przewijania, i podczas obchodów lekarskich, kiedy trzeba działać pod presją, bo ekipa obchodząca się spieszy i wymaga natychmiastowego podania im gołego noworodka. Moja przyjaciółka zażartowała, że wcześniej można było ćwiczyć radzenie sobie z dzieckiem pakując żywotną ośmiornicę do torebki. Nie miałam do czynienia z ośmiornicami, ale wydaje mi się, że coś w tym porównaniu jest.
  • Pieluszki. Nie wiedzieliśmy, że jest tyle rodzajów pieluch! Zagubieni wśród sklepowych półek, ostatecznie pokierowaliśmy się zasadą „im droższe, tym lepsze". Nic bardziej błędnego! Okazało się, że idealne dopasowanie do ciała i „superchłonność" to absolutnie nie jest priorytet w przypadku delikatnej skóry noworodka. Pieluszka musi być papierowa, przepuszczająca powietrze – a to wcale nie jest właściwość, która zawsze współwystępuje z wysoką ceną, czy rozpoznawalnością marki.
  • Jednorazowe poporodowe majtki, podkłady poporodowe i papierowe ręczniki. Szczęśliwie, spakowaliśmy ich sporo, bo zwłaszcza podkłady zużywałam później bardzo szybko.
  • Nawilżane chusteczki i podkłady do przewijania. Artykuły niezbędne i szybko zużywane. Podkłady okazały się potrzebne także mnie, przede wszystkim podczas obchodów położniczych, kiedy to badanie mam odbywa się na szpitalnych łóżkach. Z kolei nawilżane chusteczki początkowo błyskawicznie zużywa się podczas przewijania. Z czasem, w miarę nabierania wprawy w pielęgnacji Malucha, nauczyłam się wykorzystywać je oszczędniej.
  • Koszulki do karmienia – trzy. Jak się później okazało – na spędzone w szpitalu trzy dni TM musiał mi dowieźć jeszcze kilka, bo jest to ubranie zdecydowanie szybko brudzące się.
  • Dwa staniki do karmienia (nie byłam przekonana, co do sensowności zabierania ich. Jak się jednak przekonałam później, to JEST niezbędna część garderoby młodej mamy).
  • Kosmetyki dla mnie – i te pod prysznic, i te do makijażu. To było naprawdę miłe uczucie, móc się przed wyjściem ze szpitala delikatnie umalować. Ogólnie rzecz biorąc, takie małe kwestie związane z dbaniem o siebie bardzo poprawiają mi humor. Po porodzie raptem stałam się obywatelką Krainy Noworodka – to, jak to zrobić, by pamiętać w niej też o własnych potrzebach – to, moim zdaniem, ważny i rozległy temat.

To natomiast, czego nie spakowaliśmy, a co warto było mieć, to butelka ze smoczkiem oraz silikonowe nakładki, służące do ochrony sutków podczas karmienia. Skąd pomysł, by zabrać i butelkę (do karmienia sztucznym pokarmem), i nakładki (do karmienia piersią)? O tym za chwilę.

PORÓD RODZINNY?

Przyznaję, że w trakcie ciąży miałam wątpliwości, co do porodu rodzinnego. Nie wiedziałam, jak sama będę się zachowywać – będę krzyczeć? Będę się złościć, albo przeciwnie, narzekać i prosić o pomoc? Martwiłam się, że dla TM byłoby to bardzo trudne doświadczenie. Martwiłam się też, że przez to, że będę się przejmować Tatą Malucha, sam poród będzie dla mnie trudniejszy, niż to konieczne. TM stwierdził natomiast, że – jeśli miałoby mi to pomóc, to zdecydowanie chce być przy porodzie, a ostateczną decyzję zostawia mnie. Takie postawienie sprawy już samo w sobie było dla mnie niezwykle wspierające.

Decyzja „na tak" dla porodu rodzinnego zapadła podczas zajęć szkoły rodzenia. Dowiedzieliśmy się, że obecność partnera (lub innej osoby towarzyszącej) to dla rodzącej kobiety duże wsparcie: partner nie tylko podtrzymuje na duchu, ale także woła położną, pomaga we wchodzeniu do wanny, podaje różne potrzebne rzeczy, a na samą akcję porodową może przecież opuścić salę. Ustaliliśmy zatem, że rodzimy razem, a w razie dyskomfortu po którejkolwiek ze stron – TM wyjdzie.

TERMIN PORODU

Mówiono nam półżartem, że to Maluch wybiera sobie termin porodu, a prognozowana data to tylko orientacyjny termin, którego dziecko wcale nie musi mieć ochoty brać pod uwagę. Wybrałam sobie zatem dzień, w którym chciałam urodzić (nieco przed datą wynikającą z USG) i prowadziłam wewnętrzne pertraktacje z Maluchem w tej sprawie. Chyba jednak miał na ten temat odmienne zdanie, niż ja, bo ustalony przeze mnie dzień nadszedł i... minął bez jakichkolwiek większych zmian. Nazajutrz miałam kontrolną wizytę u lekarza, który po badaniu orzekł, że nic nie wskazuje na to, bym miała rodzić w ciągu najbliższych godzin. Zaczęłam się więc godzić z mylą o kolejnych dniach z wielkim brzuchem. Tymczasem, jeszcze tego samego wieczora, zaczęły się skurcze.

Było już bardzo późno, TM spał, a ja czekałam na rozwój wydarzeń, nie mając pewności, czy to już. Nie chciałam jechać do szpitala za wcześnie. Bałam się, że pojedziemy, skurcze ustaną, a ja utknę w szpitalu na kolejnych kilka dni. Liczyłam więc minuty między kolejnymi skurczami i zastanawiałam się – budzić, czy nie budzić? W końcu stwierdziłam, że skurcze są na tyle regularne, że czas jechać. Obudziłam Tatę Malucha i wyruszyliśmy w drogę. Na dworze szalała burza. Jechaliśmy w strugach deszczu, momentami było wręcz widno od błyskawic. Żartowaliśmy, że nasz Maluch szykuje sobie prawdziwie dramatyczne wejście.

- Ale jesteś pewna, że to już? – zapytał TM.
- Jak to?
- No wiesz, nie wyglądasz, jakbyś rodziła... Żartujemy sobie... Miałaś być podenerwowana, spięta. No i miałaś mieć te bolesne skurcze... - TM najwyraźniej wątpił w to, że jesteśmy na początku porodu. Jego wątpliwości udzieliły się mnie. „Fakt, przecież nie odczuwam silnego bólu, więc może to jeszcze nie to?" – myślałam. Z jednej strony – liczyłam minuty między skurczami i zastanawiałam się, czy to już, z drugiej – wzbierała we mnie radość, że w końcu coś się dzieje.

IZBA PRZYĘĆ

Dotarliśmy na izbę przyjęć, zaspana lekarka zbadała mnie i skierowała na „salę przedporodową". Znalazłam się w miejscu, w którym czeka się na jakiś zwrot akcji – albo początek porodu, albo zatrzymanie się czynności skurczowej skutkujące oddelegowaniem na oddział patologii ciąży. Mówiono nam, że ta niepokojąco brzmiąca nazwa oddziału jest myląca, bo bardzo często trafiają tam kobiety w prawidłowo przebiegającej ciąży, które lada moment mają rodzić i czekają na to w szpitalu. Ten „lada moment" potrafi jednak długo trwać, więc miałam nadzieję, że mój „zwrot akcji" będzie polegał na tym, że zacznę rodzić.

Nastał poranek, mijały kolejne godziny i tak czekaliśmy – ja w sali, do której TM nie miał wstępu, TM – w samochodzie pod szpitalem. W końcu doczekałam się porannego obchodu. Lekarka poleciła mi zjeść całe śniadanie, mówiąc, że pewnie w ciągu najbliższych godzin zacznę rodzić i wtedy nie będzie mi już wolno jeść, a w trakcie porodu lepiej nie być głodnym. Chcąc nie chcąc, wmusiłam więc w siebie owsiankę, skontaktowałam się z TM, mówiąc mu, że „już niedługo" i czekaliśmy dalej. Po kolejnych kilku godzinach, podczas których skurcze pojawiały się ze zmienną regularnością i nasileniem, zadzwoniłam do TM i zaproponowałam, by jednak czekał w domu, bo Maluchowi ewidentnie się nie spieszy.

W trakcie tego całego czekania co jakiś czas miałam badanie KTG, monitorujące tętno dziecka oraz nasilenie moich skurczy. Z zapisu wynikało, że skurczy nie mam wcale, choć, wraz z upływem czasu, stawały się one coraz bardziej intensywne. Patrzyłam na wypluwany przez maszynę wydruk, a tam – nic. „Co się dzieje?" – myślałam. „Dlaczego to ustrojstwo niczego nie wykazuje? Jak bardzo będzie mnie bolało później, skoro już mam silne skurcze, a na tym nieszczęsnym wydruku nic nie widać?!" – narastał we mnie niepokój, jednak starałam się rozluźnić i spokojnie oddychać. Muszę przyznać, że zanudzanie nas na zajęciach szkoły rodzenia ćwiczeniem oddechu przeponowego miało głęboki sens – to naprawdę bardzo pomaga w trakcie skurczy. Zresztą nie tylko oddech pomaga – dobrze działa ciepły prysznic, spacerowanie, kucanie, opieranie się o szpitalne łóżko – nie wyobrażam sobie, by w trakcie skurczu leżeć na plecach – byłby to dla mnie duży dyskomfort.

AKCJA!

Gdy się tak wierciłam, poszukując jak najmniej niewygodnej pozycji, w sali pojawiła się położna, spojrzała na mnie, na mój nieszczęsny wydruk z KTG i skwitowała: „Przecież to są tylko skurcze przepowiadające, to nawet jeszcze nie jest początek porodu! Skoro już teraz się tak męczysz, to w porodzie nie dasz sobie rady". Świetnie. To był najbardziej nie-pomocny komunikat, jaki w tym momencie mogłam usłyszeć. Z perspektywy czasu myślę sobie, że to pewnie miało być takie „nie przesadzaj, weź się w garść!", które – choć często wynika z dobrych intencji, jest świetnym sposobem na pogorszenie czyjegoś samopoczucia. Co więcej, ten konkretny komunikat okazał się wierutną bzdurą! W pewnym momencie wydruk KTG zaczął pokazywać moje skurcze – widać było, jak ich intensywność stopniowo się nasila, w końcu wykres sięgnął samego końca skali, a ja odczuwałam je wciąż tak samo, jak kilka godzin wcześniej! Jak to możliwe? Nie wiem. Wiem natomiast, że poziom mojego dyskomfortu absolutnie nie wzrósł, a gdy po kolejnych dwóch godzinach zostałam zbadana, stwierdzono czterocentymetrowe rozwarcie i w trybie pilnym wysłano na salę porodową. Wniosek z tego taki, że KTG – sobie, a odczucia rodzącej kobiety – sobie, zaś cudzymi komentarzami na temat tego, co właśnie powinniśmy czuć i jak powinniśmy sobie z tym radzić, absolutnie nie warto się przejmować.

- Kochanie?! Rodzę! Zrób mi kanapki i czym prędzej z nimi do mnie przyjeżdżaj, będę już na sali porodowej! – krzyknęłam do słuchawki i pomaszerowałam w głąb szpitalnego korytarza. Dlaczego w takiej chwili pamiętałam o kanapkach? Czy to magia szpitalnej owsianki, czy instynkt rodzącej kobiety – nie mam pojęcia, wiem za to, że kiedy je jadłam kilka godzin później, były to najpyszniejsze kanapki pod słońcem.

Gdy TM dotarł na salę porodową, właśnie dostawałam kroplówkę konieczną przed podaniem znieczulenia. Nie było już czasu na korzystanie z udogodnień naszej sali – wanny, piłki, czy drabinek. Żałowałam, że przez wczesne etapy porodu przechodziłam na sali przedporodowej, bez Taty Malucha. Stało się tak dlatego, że w tym samym czasie rodziło wiele kobiet i miejsca na salach przystosowanych do porodów rodzinnych udostępniane były niemal w ostatniej chwili. Podczas zajęć szkoły rodzenia dowiedzieliśmy się, że to ważne, by osoba towarzysząca była obecna od samego początku porodu, ponieważ, gdy akcja stopniowo się rozkręca, towarzysz może powoli oswoić się z sytuacją i w rezultacie nie odbiera porodu jako czegoś szokującego. TM, siłą rzeczy, trafił w sam środek zamieszania. Gdy go później zapytałam, jak się poczuł, gdy wszedł do sali, powiedział, że był zbyt skoncentrowany na tym, jak może mi pomóc, by skupiać się na własnych odczuciach. Więc nie, nie poczuł się zszokowany. Ja z kolei, wbrew swoim wcześniejszym obawom, podczas porodu w ogóle nie koncentrowałam się na Tacie Malucha. Ważne było dla mnie tylko to, by poradzić sobie z moim zadaniem – by urodzić.

Na czas podawania znieczulenia TM został wyproszony z sali. Miły, acz stanowczy tandem – anestezjolog i pielęgniarka, sprawnie zabrali się do wkłucia. „Nie wolno się ruszać!" – to był rozkaz. Znów pomocny okazał się oddech przeponowy – dzięki niemu mogłam nie spinać się podczas skurczu i, w efekcie – nie wiercić się w trakcie znieczulania. Gdy znieczulenie zaczęło działać, skurcze nie wywoływały już dyskomfortu – były przede wszystkim informacją o tym, na jakim etapie porodu jesteśmy, mogłam też niemal swobodnie rozmawiać z TM. Od momentu pojawienia się skurczy partych, sprawy potoczyły się bardzo szybko. TM zawołał położną, która – niczym najlepszy trener, po kolei, bardzo jasno i niezwykle motywująco mówiła mi, co robić. Po zaledwie kilku skurczach, gdy spodziewałam się, że to jeszcze potrwa – Maluch pojawił się na świecie! Mokry, zwinięty w pozycji płodowej, trafił prosto w moje objęcia, a ja i TM zaczęliśmy do niego mówić.

-„Cześć, skarbie, w końcu się spotykamy."

Po chwili TM dzielnie przeciął pępowinę i tak oto ja i Maluch staliśmy się dwiema odrębnymi istotami.

PIERWSZA DOBA

Zaraz po porodzie położna przystawiła Malucha o mojej piersi. Odruch ssania – obecny, pokarm – nie. To normalne, mleko może pojawić się dopiero jakiś czas po urodzeniu dziecka, a właśnie przystawianie noworodka do piersi stymuluje laktację. Maluch został zbadany, umyty i ubrany, po czym mogliśmy jeszcze trochę pobyć we trójkę na sali porodowej. Patrzyliśmy na naszego synka, jak zmęczony zasypia ubrany w swoje pierwsze w życiu ubranko – maleńkie, a jednak nieco za duże. Obserwowaliśmy jego zapuchnięte oczka i pomarszczoną buzię, wiedząc, że oto mamy do czynienia z cudem – naszym cudem.

Pewnie długo jeszcze moglibyśmy się tak wzruszać, gdyby nie obezwładniające zmęczenie i konieczność dalszego działania. Jak tylko napiłam się i najadłam, TM pomógł mi wstać i wziąć prysznic. Wkrótce pojawiła się położna z wózkiem dla mnie i pojechaliśmy – ja przodem, a za mną Maluch w swoim noworodkowym pojeździe pchanym przez Tatę Malucha. Tak nasz korowód dotarł na salę poporodową – tu musieliśmy się pożegnać z TM. Położyłam się na szpitalnym łóżku, spojrzałam na wózek z Maluchem bezpiecznie zaparkowany tuż obok i natychmiast zapadłam w sen.

Pierwsza doba przebiegała nam bardzo spokojnie. Maluch spał prawie przez cały czas. Kiedy się budził, przystawiałam go do piersi, zgodnie z instrukcjami oddziałowej specjalistki od laktacji. Jej pomoc była bardzo cenna – pokazywała, jak przystawiać dziecko, demonstrowała różne pozycje do karmienia, uspokajała, gdy pojawiały się trudności. Dowiedziałam się, że mleka na razie jest niewiele, jednak to nie problem, bo Maluch ma jeszcze sporo zapasów energetycznych sprzed porodu. Częste przystawianie go do piersi miało sprawić, by w kolejnych dobach pokarm pojawił się w wystarczającej ilości.

Tymczasem nabierałam wprawy w przewijaniu i przebieraniu. Zgodnie z zaleceniami, przy przewijaniu, po wyczyszczeniu Malucha nawilżaną chusteczką, smarowałam go łagodną maścią. Wkrótce na skórze pod pieluszką pojawiły się czerwone krostki. Pielęgniarka powiedziała, że to normalne, ponieważ skóra noworodka jest bardzo delikatna i zaleciła, by niczym ich nie smarować, tylko, w miarę możliwości – wietrzyć. Z perspektywy czasu myślę jednak, że papierowe, przepuszczające powietrze pieluszki i przygotowywana w aptece maść, zamiast popularnych gotowych maści, mogły nas uchronić przed tym kłopotem. Taka maść robiona jest na receptę, ma bardzo prosty skład i niską cenę. Nawiasem mówiąc, choć dobór kosmetyków do pielęgnacji to indywidualna sprawa, tę maść poleciłabym wszystkim rodzicom, zwłaszcza dla dzieci ze szczególnie wrażliwą skórą, czy skłonnością do alergii.

W ciągu pierwszej doby po porodzie Maluch sprawiał wrażenie nieźle przystosowującego się do nowej sytuacji, za to ja czułam się paskudnie – obolała, bardzo słaba i... niezdarna. Cieszyłam się z tego, że na oddziale mamy wyposażane są w wózki dla noworodków. Dzięki temu nie bałam się, że transportując dziecko przez szpitalny korytarz mogłabym się przewrócić i zrobić mu krzywdę – wózek służył mi nie tylko do wożenia Malucha, lecz także jako chodzik dla mnie. Wielki brzuch znikł, a w jego miejsce pojawił się... nieco mniejszy brzuch. Każde przebieranie się, mycie, każda zmiana pozycji – wszystko to było dla mnie kłopotem. Wydawało mi się, że na powrót do pełnej sprawności – takiej, jak przed ciążą, będę potrzebowała bardzo, bardzo dużo czasu.

DRUGA DOBA

Ku własnemu zaskoczeniu, poczułam się znacznie lepiej. Do odzyskania dawnej sprawności było mi jeszcze daleko, jednak obezwładniający dyskomfort, który pierwszego dnia towarzyszył niemal każdej czynności, w drugiej dobie w dużej mierze ustąpił. Za to w Malucha wstąpił nowy duch. Moje spokojne, zaspane dzieciątko zmieniło się w krzykliwego, żądnego mleka tyrana, który domagał się karmienia właściwie przez cały czas. Początkowo bardzo się z tego cieszyłam – dziecko jest silne i ma apetyt, to przecież dobrze, prawda? Jednak po kilku godzinach Maluch na przemian ssał i wrzeszczał i to już wcale nie wyglądało dobrze. Kiedy płakał, nie mogłam go uspokoić. Czułam się bezsilna i po pewnym czasie miałam ochotę płakać razem z nim. Wybrałam się więc po pomoc.

Pielęgniarka stwierdziła, że to zupełnie normalne. Powiedziała, że układ pokarmowy Malucha przystosowuje się do pracy, co nie jest dla malca przyjemne – stąd płacz. Nie przejmować się, karmić na żądanie – jak dotychczas, odmaszerować. Dobrze. Odmaszerowaliśmy. Karmiłam dalej. Maluch dalej wrzeszczał. Ale fakt, pomyślałam, to normalne – z obserwacji towarzyszących nam dzieci i mam wynikało, że dla większości ta druga doba to, krótko mówiąc, koszmar.

Pod koniec dnia moje nieprzyzwyczajone do karmienia brodawki były poharatane do krwi. Maluch zanosił się od płaczu i nie chciał już ssać. Nie wiedziałam – czy już się najadł i boli go brzuszek (bo „układ pokarmowy przystosowuje się do nowej sytuacji"), czy jest głodny, czy cierpi z jeszcze innego powodu. Byłam wycieńczona, obolała i bezradna, a przede wszystkim – pękało mi serce na widok Malucha, który ewidentnie się męczył.

Późnym wieczorem na naszą salę dotarł obchód pediatryczny. Opowiedziałam więc jeszcze raz o naszej sytuacji i poprosiłam o pomoc. „Pewnie jest głodny" – oznajmiła lekarka. „Proszę iść do pielęgniarek i poprosić, by dokarmiły go sztucznym pokarmem". To tak można?! Mieszać pokarm naturalny ze sztucznym? To, co teraz oczywiste, wówczas było nowością. Dlaczego wcześniej nikt mi o tym nie powiedział? Po co opowieści o „bolesnym przystosowywaniu się układu pokarmowego", skoro najprawdopodobniej wystarczyło podać sztuczny pokarm?

Zapakowałam Malucha do wózeczka i czym prędzej poszłam do pielęgniarek. Maluch został nakarmiony ze strzykawki – jadł bardzo łapczywie, po czym od razu zasnął. A więc był głodny... Z jednej strony kamień spadł mi z serca, z drugiej – byłam wściekła za to, że kilka godzin wcześniej odprawiono nas z kwitkiem. W ciągu godziny TM przywiózł nam butelkę ze smoczkiem, dzięki czemu jeszcze w nocy mogłam dokarmiać Malucha. Efekt: wreszcie rozluźniony, zadowolony i spokojnie śpiący synek.

Wniosek – to powszechne, że w drugiej dobie pokarmu jest za mało. Jeśli dziecko wciąż domaga się karmienia, jest niespokojne, płacze – przede wszystkim trzeba je dokarmić. Dzięki temu, noworodek nie będzie cierpiał głodu, prawdopodobnie – nie będzie dużego poporodowego spadku wagi dziecka, a mama uniknie poranionych brodawek i... wywołanego intensywną stymulacją piersi nawału pokarmu w trzeciej dobie życia dziecka.

 

 

 

Warto wiedzieć

  • 1
  • 2
  • 3
Prev Next

Psychoterapia szyta na miarę

Kiedyś psychoterapeuci wiedzę o tym, co jest dla kogo dobre wynosili z teorii. Różne teorie oferowały różne recepty na to, jak pomagać ludziom i stymulować wewnętrzny rozwój człowieka. Teraz mamy też wyniki badań empirycznych, które pomagają w uporządkowaniu wiedzy o tym, jaka pomoc dla kogo będzie najbardziej efektywna. Znaczenie ma,...

Read more

Jak okiełznać czterolatka?

– Mamo, nudzi mi się! – Olek podchodzi do rozmawiającej przez telefon Asi, łapie ją za rękę i ciągnie do siebie.– Nie przeszkadzaj mi teraz, nie widzisz, że rozmawiam z ciocią? – Asia próbuje wyplątać swoją dłoń z uchwytu synka. – Idź i się pobaw. Wymyśl coś sobie, inteligentne dzieci...

Read more

Skąd się biorą dziecięce lęki? (Podpowia…

Czego boją się dzieci: Lęk to naturalna reakcja, która chroni dziecko przed różnymi niebezpiecznymi sytuacjami. W toku rozwoju dziecko doświadcza różnego rodzaju lęków, charakterystycznych dla wieku. Większość z nich zanika wraz z tym jak dziecko uczy się czego może się spodziewać w różnych sytuacjach i jak sobie z tym radzić. Niemowlę boi...

Read more

Akademickie Centrum Psychoterapii i Rozwoju SWPS

Akademickie Centrum Psychoterapii i Rozwoju (APCIR) SWPS to nowoczesny ośrodek, w skład którego wchodzi placówka medyczna świadcząca pomoc psychologiczną oraz ośrodek szkoleniowy-rozwojowy.  Świadczymy usługi psychologiczne na najwyższym poziomie, w oparciu o najlepsze standardy. Dzięki ścisłej współpracy z Wydziałem Psychologii SWPS - nasi pracownicy mają bieżący dostęp do najnowszej naukowej wiedzy z...

Read more