Mama uziemiona

niemowlakTak, poczułam się uziemiona. Ciążyło mi to, że nie wolno mi wyjść z domu bez Malucha (bo przecież Maluch może zgłodnieć!). Brakowało mi czasu dla siebie, choć chwili samotności. Brakowało mi też kontaktu z ludźmi. Tęskniłam za długim spacerem, kiedy można się samemu beztrosko włóczyć. Choćby raz w tygodniu. Choćby przez pół godziny.

Jedziemy do domu

W szpitalu spędziliśmy trzy dni. Nie mogłam się doczekać powrotu do domu i tego, że wreszcie zostaniemy we trójkę. Sami. Miałam dość lekarskich obchodów i mnóstwa obcych osób dookoła nas. Tata Malucha przejęty sytuacją wiózł nas do domu, a po drodze omawialiśmy to, co działo się w szpitalu. Tak, tak, cieszyliśmy się możliwością plotkowania.

Tymczasem już na parkingu pod domem przywitał nas komitet powitalny złożony z uszczęśliwionych członków rodziny. Z jednej strony było mi autentycznie miło, że tak się cieszą i że chcą nas odwiedzać. Miałam ochotę chwalić się Maluchem i wysłuchiwać komplementów pod jego adresem. Z drugiej strony jednak byłam bardzo zmęczona i tęskniłam za tym, byśmy wreszcie zostali sami. Chciałam po prostu się położyć, nie przejmując się ani tym, jak wyglądam, ani tym, czy każdy ma kawę lub herbatę i coś do przegryzienia. I choć w trakcie wizyty to TM zajmował się działaniami w kuchni, ja nie odpoczywałam. Czułam się zobligowana do tego, by nie okazywać zmęczenia, by się uśmiechać, by dbać o komfort gości. Szczęśliwie Maluch spał w najlepsze, wyrozumiale pozwalając, by odwiedziny-oględziny odbyły się w spokojnej atmosferze.

Gdy w końcu zostaliśmy sami, poczułam, jak ogarnia mnie senność. Całe napięcie z ostatnich dni powoli mnie opuszczało, a w jego miejsce nadciągała ulga i przemożna potrzeba regeneracji sił. To był moment, kiedy poczułam, że bardzo potrzebuję obecności Taty Malucha w domu. W najbliższych dniach miał być moim zaopatrzeniowcem, kucharzem, kelnerem i zmiennikiem w opiece nad Maluchem.

 

Nawał

Maluch, poza krótkimi przerwami na sen, najchętniej cały czas by ssał. Na efekty tych działań nie trzeba było długo czekać. Już następnego dnia po przyjeździe ze szpitala dopadł mnie tak zwany „nawał pokarmu". Podobno tak to właśnie działa: po powrocie do domu, gdy świeżo upieczona mama w końcu może się odprężyć, produkcja mleka rusza pełną parą i, o ile wcześniej było go nieco za mało, tak od tej chwili i trojaczki miałyby co jeść. Moje piersi były olbrzymie i obolałe. Nie dość, że każde ich dotknięcie powodowało ból, to jeszcze nadwyrężone w drugiej dobie życia Malucha sutki krwawiły przy karmieniu. Wybawieniem okazała się... kapusta.

Od razu powiem, że nie jestem zwolenniczką naturalnych metod leczniczych. Rzadko choruję, a jeśli już mi się to przytrafia, wolę sięgać po konkretny specyfik z apteki, niż „leczyć się" tak zwanymi babcinymi sposobami. Nie wierzę w zbawczą moc domowej roboty czosnkowych syropów, nie poprosiłabym o postawienie baniek i nie stosowałabym kitu pszczelego (nawet nie wiem, na co można go stosować, wiem natomiast, że moja babcia takowy posiadała i bardzo sobie chwaliła jako niezwykle skuteczny specyfik na coś, czego nie zapamiętałam). Może to mało sensowne, że wszystkie te metody wymieniam jednym tchem nie spodziewając się po nich jakiejkolwiek skuteczności, jednak po prostu tak mam. Miałam. Do czasu, kiedy doświadczyłam utrapienia, jakim jest nawał pokarmu. Przypomniałam sobie wtedy, że radzono mi, by w takiej sytuacji stosować okłady z kapusty. Byłam zdesperowana, więc stwierdziłam, ze spróbuję. Zaszkodzić – nie zaszkodzi, a jeśli tylko mogłoby choć odrobinę ulżyć – warto!

TM kupił jedną główkę kapusty („Na próbę, pewnie i tak nie zadziała"), po czym rozbił kilka liści (utłukł je jak mięso na kotlety) i pomógł mi zrobić z nich okład. Najpierw poczułam przejmujący chłód, a następnie rozlewające się gorąco. To był niemal natychmiastowy efekt. Piersi stały się mniej obrzmiałe, zrobiły się miękkie i przestały boleć. Hura! Innym tak zwanym naturalnym metodom leczniczym wciąż nie dowierzam, jednak przyznaję, że dziś byłabym bardziej skłonna je wypróbowywać, niż przed tym naszym kapuścianym cudem.

Tym, co jeszcze przeszkadzało mi w karmieniu, były pokaleczone brodawki. I tu właśnie pomocne okazały się silikonowe nakładki, o których pisałam wcześniej. Gdybym stosowała je już w szpitalu, prawdopodobnie nie doszłoby do tak silnego uszkodzenia skóry. Niestety, nie wiedziałam, że takie nakładki w ogóle istnieją. I choć nie są zbyt komfortowe w użyciu, bo trzeba je przytrzymywać podczas karmienia, a i Maluchowi nieco trudniej się ssie, to jednak gorąco je polecam w sytuacji, gdy karmienie mocno nadwyręża wrażliwą skórę brodawek. Dzięki nakładkom można wciąż karmić piersią (bez nich uszkodzona skóra zaczęłaby intensywnie krwawić, co uniemożliwiłoby karmienie), a skóra ma czas, by się wygoić i stopniowo hartować, aż do momentu, w którym nakładki przestają być potrzebne, a karmienie staje się przyjemnością i dla dziecka, i dla mamy. Nam proces ten zajął tydzień.

Opieka

Przez pierwsze dni Tata Malucha nie chodził do pracy, tylko opiekował się mną i Maluchem. A właściwie – bardziej mną, niż Maluchem. Byłam tak skoncentrowana na karmieniu, przewijaniu, tuleniu, przebieraniu, że gdyby nie TM, sama pewnie jadłabym stanowczo za mało i zbyt rzadko. Przełykałam jedzenie w pośpiechu, by móc znów zająć się dzieckiem. Jego płacz był dla mnie zupełnie nieznośny – wolałam nie jeść i nie pić, byleby móc tak opiekować się Maluchem, żeby on po prostu nie miał okazji się rozpłakać. Nie było w tym postępowaniu niczego racjonalnego – po prostu czułam, że tak trzeba i już.

Wyobrażam sobie, że to, jak mama czuje się po porodzie i jak zachowuje się wobec dziecka, to bardzo indywidualne kwestie. Można tu jednak mówić o pewnych prawidłowościach. A mianowicie – o napięciu, zmęczeniu, rozdrażnieniu, o obniżeniu nastroju, o momentach zwątpienia we własne siły. I choć wiedziałam, że to normalne, wiedza ta nie miała dla mnie większego znaczenia. Teoria – teorią, a ja czułam, że nie wolno dopuścić do tego, by Maluch płakał. Że wokół niego musi być sterylnie czysto. Że wszystkie ubranka muszą być wyprasowane. Wolałam zaniedbać własne potrzeby, byle tylko wszystkie „maluchowe" zadania były zrealizowane w stu procentach.

Byłam niczym zdeterminowany generał na polu bitwy, bezlitośnie komenderując Tatą Malucha i pracując ponad siły. Maluch zasnął? Świetnie, mamy kwadrans, można odkurzyć, nastawić pranie i rozstawić deskę do prasowania! Maluch się budzi – akcja – karmienie, odbijanie, kołysanie, przewijanie. Zasnął? Szybko, do pracy, trzeba umyć podłogę! To nic, że Maluch jeszcze nie raczkuje i codziennie myta podłoga naprawdę nie jest mu potrzebna. To nieważne, że sama powinnam być wypoczęta i najedzona, bo laktacja to duży wysiłek dla organizmu. To nieistotne, że powrót ze spaceru marszo-biegiem (bo Maluch się budzi i za chwilę się – o zgrozo! – rozpłacze) pochłania mnóstwo energii, której wcale nie mam. Przekonywanie mnie do zmiany zachowania z góry było skazane na niepowodzenie. Gromiłam Tatę Malucha wzrokiem, rzucałam kategoryczne „Bo tak!" i ... dalej działałam po swojemu. Na szczęście TM znosił tę sytuację spokojnie, koncentrując się na dbaniu o to, żebym ja wystarczająco dużo jadła, piła i spała. I pewnie dzięki niemu przetrwałam ten okres bez uszczerbku na zdrowiu.

Dieta

Dieta karmiącej mamy powinna być lekkostrawna. Nie może zawierać produktów drażniących, powodujących wzdęcia, ani pokarmów silnie alergizujących. Pożegnałam się więc z surowymi owocami (poza obranym ze skórki jabłkiem), surowymi warzywami, orzechami, słodyczami, jajkami i mlekiem, a mięso jadłam wyłącznie gotowane. Kasza, ryż, gotowana marchewka, jabłka, drobiowe mięso, naturalne jogurty – to były podstawowe elementy mojej diety. Do tego piłam dużo wody, by móc produkować wystarczające ilości mleka. Maluch świetnie reagował na mój pokarm – nie miał żadnych kłopotów z brzuszkiem. Potrafił spędzać przy piersi bardzo dużo czasu na raz – nawet ponad czterdzieści minut. Najadał się powoli i do syta, po czym na chwilę zasypiał, by wkrótce znów upominać się o karmienie.

Po miesiącu trzymania ścisłej diety zaczęłam marzyć o słodyczach. Mój organizm rozpaczliwie domagał się kalorii – śniłam o czekoladzie, ciastach, jagodziankach i lodowych deserach z orzechami. Skusiłam się więc na kruche ciasteczka. Jeszcze tego samego wieczora Maluch prężył się i płakał – najwyraźniej pomysł z ciasteczkami nie był dobry. Dowiedziałam się, że przyczyną mogła być soda często dodawana do pieczenia. Poradzono mi, by kupować słodkie herbatniczki dla niemowląt. To okazało się strzałem w dziesiątkę – herbatniczki przeszły bezboleśnie. Z czasem jednak odkryłam, że w diecie karmiącej mamy nadrzędna jest zasada „bez przesady". Za dużo słodyczy – nawet tych „bezpiecznych" – skutkuje bólem brzucha, ponieważ nadmiar cukru w diecie powoduje wzdęcia.

Ponownie postanowiłam wypróbować „metodę naturalną" i, idąc za radą mamy, codziennie wypijałam pół szklanki naparu z kopru włoskiego, co okazało się skutecznie zapobiegać wzdęciom u Malucha. Z czasem coraz odważniej rozszerzałam swoją dietę, wprowadzając do niej jajka, mleko, migdały, gruszki, brzoskwinie, sałatę z sosem winegret, domowej roboty placek z jabłkami i domowe ciasteczka maślane. Tylko w przypadku jajek Maluch źle zareagował – dostał wysypki. Wycofałam je więc z diety na około półtora miesiąca. Gdy wprowadziłam je ponownie, obyło się już bez niepożądanych reakcji u malucha.

Z czasem opadał mój poziom napięcia – pozwalałam sobie na „niesprzątanie", za to więcej wagi przykładałam do tego, by jeść nie tylko zdrowo, lecz także – smacznie. A w duchu dziękowałam losowi za to, że Maluch tak dobrze reaguje na kolejne nowe produkty w mojej diecie. Przyznam, że, po okresie szaleńczego skupienia na zadaniach około-maluchowych, kulinarne wyrzeczenia okazały się dla mnie trudne. Stopniowe rezygnowanie z żelaznej diety sprawiało mi wiele przyjemności. Korzyści z tego okresu to umiejętność błyskawicznego przygotowania placka z owocami (10 minut przyrządzania plus 50 minut w piekarniku) i nawyk jedzenia wędlin domowej roboty.

Goście

W czasie, gdy wariacko koncentrowałam się na realizacji domowych zadań, wizyty gości były dla mnie nie lada obciążeniem. Nie tylko wykorzystywałam króciutkie drzemki Malucha na to, by wszystko dokładnie posprzątać, ale jeszcze miałam poczucie, że muszę ze wszystkim zdążyć przed przybyciem gości. Kiedy w końcu przychodziła ta chwila, że otwierałam im drzwi, byłam wycieńczona. W trakcie wizyty mobilizowałam się, by „właściwie się gośćmi zająć", więc w efekcie ich obecność, zamiast przyjemnością, była dla mnie kolejnym wyzwaniem. Wyobrażam sobie, że i dla nich to nie było miłe doświadczenie – widzieć mnie, bladą jak ściana, biegającą między pokojem a kuchnią i nie zwracającą uwagi na ich nieśmiałe „nie trzeba, wszystko mamy, usiądź i odpocznij".

Z czasem zaczęłam zauważać absurd sytuacji – spotykamy się dla obopólnej przyjemności, a tymczasem ja jestem tak spięta i „nastawiona zadaniowo", że o radości z gościny nie ma mowy. Zaczęłam więc mówić o tym głośno – że czuję się kiepską gospodynią, bo – zamiast zajmować się gośćmi, karmię Malucha, i że poczułabym się lepiej, gdyby oni w tym czasie sami zrobili sobie kawę czy herbatę, ukroili ciasto. Żebym nie czuła się w obowiązku pędzić do kuchni, jak tylko Maluch skończy jeść. Okazało się to świetnym sposobem – goście (co było, rzecz jasna, do przewidzenia) znakomicie radzili sobie z samoobsługą, a ja wreszcie mogłam się z nimi spotkać, zamiast tylko przebiegać obok nich.

Z perspektywy czasu myślę sobie, że ten pierwszy okres to był taki mój czas wchodzenia w nową rolę, mierzenia się z wahaniami nastroju i spadkiem energii. Radziłam sobie z tym właśnie przez tę swoją „zadaniowość", pewnie dlatego, że to w ogóle jest moja strategia radzenia sobie z trudnościami. Myślę teraz, że młoda mama to ktoś, kto bardzo potrzebuje „robić po swojemu". A kiedy właśnie w tym „robieniu po swojemu" dostaje od otoczenia wsparcie, to może stopniowo czuć się coraz bardziej komfortowo, powolutku rezygnować z kategorycznego „Bo tak!" i nabierać do swej nowej roli coraz więcej zdrowego dystansu. „Więcej luzu!" – to się na widok młodej mamy może cisnąć na usta, jednak nie może to być polecenie, a jedynie nadzieja, że pewnego dnia młoda mama poczuje się na tyle pewnie, by się choć na chwilę zrelaksować. Czego gorąco życzę wszystkim młodym mamom, ale także (a może przede wszystkim) ich Maluchom, najbliższym i... gościom!

Mama uziemiona

Czas spędzany z dzieckiem powinien cieszyć. Bo matka swoje dziecko kocha (prawda?). No, to – skoro kocha, to świata poza nim nie widzi. Dosłownie. I tak ma być. Oczywiście, nowoczesny tata też się dzieckiem opiekuje, ALE on pracuje (ponieważ nie karmi, poza tym ktoś przecież musi pracować), więc, siłą rzeczy, zajmuje się mniej. I trochę tego pozadomowego świata ogląda. A mama – spełnia się w macierzyństwie. Celowo tę sytuację przerysowuję, kreśląc jej karykaturę. Jednak, jak w każdej karykaturze, tak i w tej – jest ziarno prawdy. Nawet, jeśli mama bardzo chciała zostać mamą i bardzo się swoim macierzyństwem cieszy, długi okres kompletnego uziemienia z dzieckiem przy piersi to nie jest powód do przeżywania wyłącznie pozytywnych uczuć. Pojawia się głód kontaktu z ludźmi i pojawia się poczucie ubezwłasnowolnienia – wcale nie koniecznie „zamiast", tylko OBOK radości z bycia mamą.

Tak, poczułam się uziemiona. Ciążyło mi to, że nie wolno mi wyjść z domu bez Malucha (bo przecież Maluch może zgłodnieć!). Brakowało mi czasu dla siebie, choć chwili samotności. Brakowało mi też kontaktu z ludźmi. Tęskniłam za długim spacerem, kiedy można się samemu beztrosko włóczyć. Choćby raz w tygodniu. Choćby przez pół godziny. Zauważyłam, że mnie to złości i pomyślałam, że poirytowany rodzic nie jest najlepszym rodzicem. Doszłam do wniosku, że, zapewniając sobie ten czas dla siebie, zadbam nie tylko o siebie, ale i o moich najbliższych.

Początkowo przytłaczały mnie kwestie logistyczne. Jak się przechowuje pokarm? Co zrobić, skoro ściąganie mleka ręcznym laktatorem kompletnie mi nie wychodzi (zajmowało mi to mnóstwo czasu, mleko ledwo kapało, a cała procedura była przez to niezwykle męcząca)? Czy TM poradzi sobie z podgrzewaniem pokarmu i samodzielną opieką nad Maluchem? Jak ustalić grafik – tak, żeby ten czas dla mnie jednak udało się znaleźć? Na dodatek nie chciałam tego czasu dla siebie „wykradać", każdorazowo go negocjować i wychodzić po to, by, dajmy na to, poudzielać się towarzysko, czy iść na zakupy. Potrzebowałam właśnie grafiku, jakiejś rutyny – świadomości, że ten czas jest zaklepany, ustalony i że spędzę go w sposób, który będzie i satysfakcjonujący, i produktywny. Chciałam mieć poczucie, że cały ten wysiłek, który jest potrzebny, by przygotować domowe zaplecze dla mojego wyjścia, jest uprawniony.

Ustaliliśmy wspólnie z Tatą Malucha, że on zrezygnuje z części swojej aktywności zawodowej, a ja – wrócę częściowo do swojej. To pozwoliło nam ułożyć grafik, który początkowo wciąż się zmieniał. Bardzo często okazywało się, że planowaliśmy go zbyt optymistycznie, nie uwzględniając choćby czasochłonności dojazdów. Miałam kłopot z przygotowywaniem zapasu pokarmu dla Malucha. Zrobienie kilku porcji do zamrożenia zajmowało mi kilka godzin, które musiałam rozplanować w ciągu całego dnia. Na dodatek, ten z trudem odciągnięty pokarm często się marnował, gdy po podgrzewaniu okazywało się, że Maluch nie zjadł wszystkiego i przynajmniej część mleka trzeba było wylać.

Stopniowo, w drodze kolejnych ustaleń i kompromisów, tworzyliśmy nasz plan tygodnia. Idąc za radą przyjaciółki, zaopatrzyłam się w elektryczny laktator, który rozwiązał mój kłopot ze ściąganiem pokarmu – przy jego użyciu mogłam jednorazowo w krótkim czasie odciągnąć ponad 150 ml mleka. Dodatkowo, po konsultacji z pediatrą, Tata Malucha zaczął mieszać mój pokarm ze sztucznym mlekiem dla niemowląt. Okazało się, że – przy zachowaniu odpowiednich proporcji, to bardzo dobre rozwiązanie: Maluch je ze smakiem, a ja nie muszę odciągać aż tak dużo mleka. I choć cały ten proces mojego wychodzenia z domu był trudny i kosztował nas wiele wysiłku, to myślę, że było warto. Maluch i Tata Malucha, odkąd zaczęli zostawać sami, mają swoje zabawy, swoje sposoby na usypianie, swoje ulubione utwory.
A ja – ja przestałam być „mamą uziemioną".

Warto wiedzieć

  • 1
  • 2
  • 3
Prev Next

Psychoterapia szyta na miarę

Kiedyś psychoterapeuci wiedzę o tym, co jest dla kogo dobre wynosili z teorii. Różne teorie oferowały różne recepty na to, jak pomagać ludziom i stymulować wewnętrzny rozwój człowieka. Teraz mamy też wyniki badań empirycznych, które pomagają w uporządkowaniu wiedzy o tym, jaka pomoc dla kogo będzie najbardziej efektywna. Znaczenie ma,...

Read more

Jak okiełznać czterolatka?

– Mamo, nudzi mi się! – Olek podchodzi do rozmawiającej przez telefon Asi, łapie ją za rękę i ciągnie do siebie.– Nie przeszkadzaj mi teraz, nie widzisz, że rozmawiam z ciocią? – Asia próbuje wyplątać swoją dłoń z uchwytu synka. – Idź i się pobaw. Wymyśl coś sobie, inteligentne dzieci...

Read more

Skąd się biorą dziecięce lęki? (Podpowia…

Czego boją się dzieci: Lęk to naturalna reakcja, która chroni dziecko przed różnymi niebezpiecznymi sytuacjami. W toku rozwoju dziecko doświadcza różnego rodzaju lęków, charakterystycznych dla wieku. Większość z nich zanika wraz z tym jak dziecko uczy się czego może się spodziewać w różnych sytuacjach i jak sobie z tym radzić. Niemowlę boi...

Read more

Akademickie Centrum Psychoterapii i Rozwoju SWPS

Akademickie Centrum Psychoterapii i Rozwoju (APCIR) SWPS to nowoczesny ośrodek, w skład którego wchodzi placówka medyczna świadcząca pomoc psychologiczną oraz ośrodek szkoleniowy-rozwojowy.  Świadczymy usługi psychologiczne na najwyższym poziomie, w oparciu o najlepsze standardy. Dzięki ścisłej współpracy z Wydziałem Psychologii SWPS - nasi pracownicy mają bieżący dostęp do najnowszej naukowej wiedzy z...

Read more